Operacja “Zorza II” - SB przeciw papieżowi

czerwiec 10, 2008

Na początku czerwca mija kolejna rocznica ważnych dla naszej historii wydarzeń - choć tym razem nie okrągła. 21 lat temu z trzecią pielgrzymką do Polski przyjechał Jan Paweł II. System komunistyczny zbliżał się do swojego końca, nie miał już siły zwyciężać z wyzwalającym się społeczeństwem, ale miał ich jeszcze tyle, by próbować walczyć. Taką walką była prowadzona w 1987 r. przez SB operacja “Zorza II’, skierowana tak przeciw papieżowi, jak i opozycji. W najnowszych, czerwcowych numerach miesięczników “Czas na SKOK” oraz “Magazyn Solidarność” znalazły się moje artykuły nt. tej operacji, których rozszerzoną wersję można przeczytać tutaj.

Zachęcam do lektury, która może byc ciekawą zapowiedzią mającej ukazać się wkrótce nakładem IPN książki poświęconej temu tematowi, zatytułowanej “Operacja ZORZA II. Działania władz partyjnych i Służby Bezpieczeństwa w okresie wizyty Jana Pawła II w Trójmieście w dniach 11-12 czerwca 1987 r.”


Majowy egzamin - strajki w 1988 roku

maj 13, 2008

W maju przypada co prawda nie okrągła, ale warta odnotowania rocznica strajków w 1988 r. Przypomnijmy, że wiosną tamtego roku strajkowalii i robotnicy, przede wszystkim w “niezawodnej” w tej kwestii Stoczni Gdańskiej, i studenci, prowadzeni do protestu w imię solidarności ze stoczniowcami przez odradzające się Niezależne Zrzeszenie Studentów.

Strajki te zakończyły się wprawdzie tym, co można uznać najwyżej za “zwycięski remis”, ale jak wiemy, ustrój, przeciwko któremu były skierowane, długo już nie pociągnął.

Po tym krótkim wstępie zapraszam do przeczytania mojego artykułu nt. strajków majowych w 1988 roku, który ukazał się kilka dni temu w miesięczniku “Czas na SKOK” oraz na portalu Prawica.Net. Warto przypomnieć sobie ten wciąż mało znany wycinek naszej historii, tym bardziej, że dotyczy on młodości wielu postaci znaczących dzisiaj na naszej scenie politycznej, chociażby kierujących ramię w ramię protestem na Uniwersytecie Gdańskim Pawła Adamowicza z PO i Przemysława Gosiewskiego z PiS-u.

Tutaj przeczytaj całość.


WARTO… przeczytać Chodakiewicza

styczeń 22, 2008

A konkretnie wydaną właśnie przez IPN jego książkę “Po Zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944-1947″, będącą antidotum na bzdury i stereotypy powielane przez Jana T. Grossa w “Strachu”.

A dlaczego bzdury i dlaczego stereotypy, oraz dlaczego warto poznać dzieło Marka Jana Chodakiewicza - o tym w moim artykule na portalu www.prawica.net. Polecam.


DziennikarsTWo na froncie

styczeń 10, 2008


Adam Chmielecki


Z małym opóźnieniem (no może nie tak małym, przy złośliwym podejściu PT Czytelników – nawet „rocznym”…) zachęcam do sięgnięcia po najnowszy (12/07, grudzień 2007) numer „Biuletynu IPN”. Każdy biuletyn Instytutu ma swój temat przewodni, swoje cover story. W omawianym takim tematem jest dziennikarstwo w PRL-u – m.in. relacje Służby Bezpieczeństwa z dziennikarzami i swoisty kontekst pracy w tym zawodzie w okresie, w którym tzw. „front ideologiczny” był przecież jednym z najważniejszych.

 Biuletyn IPN 

Ów „pakiet okładkowy” przygotowany przez gdański oddział IPN tworzą rozmowa Jana Rumana z historykiem dr. Sławomirem Cenckiewiczem oraz socjologiem dr. Danielem Wicentym (ta specjalizacja naukowa nie jest tu bez znaczenia), a także dwa artykuły prezentujące konkretne, nieopisane do tej pory przypadki współpracy dziennikarzy z bezpieką - znanego publicysty konserwatywno-liberalnego Jana Marii Fijora („TW” Bereta – tekst „Pospolita twarz SB” Daniela Wicentego) i komentatora spraw międzynarodowych Jerzego Bekkera (TW „Jot” – tekst „»Jot« nadaje” niżej podpisanego). 

Materiały te dotykają takich spraw jak cenzura, kontrola systemu komunistycznego nad środkami masowego przekazu, dobór i kształcenie kadr dziennikarskich, obecność tajnych współpracowników służb w redakcjach – tematów, które do dziś są sporym problemem dla wiarygodności całego środowiska, o czym najlepiej świadczy reakcja na omawianą publikację jednego z najbardziej zainteresowanych – Jana M. Fijora. Na swojej oficjalnej stronie oświadcza on, że autor artykułu na jego temat „wprowadził opinię publiczną w błąd” i spotka się z nim w sądzie. Jakich będzie chciał tam użyć argumentów – jeszcze nie wiemy, bo na razie Fijor ogranicza się do samego zaprzeczenia. Najnowszy „Najwyższy Czas”, którego Fijor jest komentatorem, zapowiada jego tekst na temat zarzutów o współpracę z SB w następnym numerze. 

Spokojniej do sprawy podszedł Jerzy Bekker. W wypowiedzi dla portalu Polskiego Radia (artykuł „DziennikarsTWo w PRL-u” Piotra Dmitrowicza, z którego zresztą zaczerpnąłem pomysł na prostą, ale znaczącą zabawę z literami t i w) przyznał – Miewałem swoje wpadki bolesne zresztą, bez pracy, bez mieszkania, bez środków do życia, więc może stąd pewna słabość i brak siły, żeby powiedzieć temu nieszczęsnemu człowiekowi (chodzi o oficera prowadzącego kpr. S Delakowicza – red.), żeby się po prostu odwalił.

Jak pisze dalej Dmitrowicz, Bekker wspomina, że środowisko dziennikarskie było niezwykle lojalne wobec władz PRL-u – Nie wyobraża pan sobie chyba, żeby ludzie związani z PAP, telewizją, radiem, zwłaszcza z informacyjno–publicystycznymi redakcjami mogli być nieprawomyślni. Jeśli byli, to musieli ukrywać to tak głęboko, że nawet sami o tym nie wiedzieli – tłumaczył.

To gorzkie i ironiczne motto jest chyba niestety prawdziwe.


WARTO… przeczytać “Arcana”

maj 30, 2007

Uznałem dzisiaj, że czas najwyższy przerwać milczenie i uaktywnić się ponownie na łamach „Mediokracji”, wynagradzając choć w małym stopniu odwiedzanie mojego bloga tym, którzy w ostatnim czasie uparcie zaglądali na niego mimo długiego braku aktualizacji.  

A ponieważ mało ostatnio piszę, najlepiej jak polecę inną niż „Mediokracja” lekturę, mianowicie – dwumiesięcznik „Arcana”. 

W najnowszym numerze tego dwa czasopisma (2-3/2007, marzec – czerwiec 2007) znaleźć można dwa artykuły autorstwa dr Sławomira Cenckiewicza – „W kontenerach do Moskwy… Płk Henryk Jasik o zagrożeniach dla III RP” oraz, napisany wspólnie z dr Piotrem Gontarczykiem, „»Słowo harcerza«. Kazimierz Koźniewski (1919-2005), agent ps. »33« i tygodnik  »Polityka«”. 

„W kontenerach do Moskwy… Płk Henryk Jasik o zagrożeniach dla III RP” – to zaledwie kilkustronicowy, ale  warty dłuższej chwili uwagi tekst podnoszący rzadko goszczący w debacie publicznej temat archiwów służ specjalnych PRL będących w posiadaniu innych państw. „Otóż należy wyraźnie podkreślić, że istotna wiedza o naszej przeszłości ukryta jest w wielu dokumentach, które znajdują się poza Polską, i to wcale nie tylko w rękach naszych wschodnich sąsiadów z Federacji Rosyjskiej. Bez większego ryzyka (…) można założyć, że zwłaszcza po 1990 r. wiedza o Polsce stała się powszechną i międzynarodową” – piszeSławomir Cenckiewicz, a na dowód swych słów cytuje dokumenty (wydrukowane również w „Arcanach”) płk Henryka Jasika, na początku 1990 roku Dyrektora Departamentu I MSW, który już w III RP informował swoich przełożonych m.in. o tym, że w berlińskiej siedzibie NRD-owskiej bezpieki Stasi znaleziono materiały dot. działalności „Solidarności”. Zdaniem autora jest to jeden z dowodów, iż państwo polskie nie posiada pełnej kontroli nad wiedzą historyczną ukrytą w dokumentach z okresu PRL.  

Z kolei artykuł „»Słowo harcerza«. Kazimierz Koźniewski (1919-2005), agent ps. »33« i tygodnik  »Polityka«” jest próbą obrony autorów – Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka – którym środowisko tygodnika „Polityka”, przede wszystkim na łamach książki Wiesława Władyki pt. „Polityka i jej ludzie”, zarzuca „dziką lustrację” Kazimierza Koźniewskiego, przez wiele lat redaktora magazynu. Cenckiewicz i Gontarczyk celnie obalają argumenty byłych kolegów redakcyjnych agenta „33” – taki pseudonim bezpieka nadała Koźniewskiemu – przytaczając najbardziej znaczące przykłady z jego prawie półwiecznej współpracy z SB, jak identyfikacja Stanisława Cata Mackiewicza, publikującego na łamach paryskiej „Kultury” pod pseudonimem „Gaston de Cerizay”. Lista osób, głównie z tzw. środowisk twórczych, na które donosił Koźniewski jest imponująca. 

Ale wspomniane wyżej teksty warto przeczytać nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim, dla głośnych nazwisk. Pokazują one, że niezależnie jak oceniamy tzw. „teczki” – a ostatnio ocenia się je raczej negatywnie – bez wiedzy o ich zawartości nie można rzetelnie badać i opisywać historii Polski XX wieku.


Jak to się robi w Bawarii?

marzec 19, 2007

Autor w Fundacji Hansa Siedla 

„To”, znaczy co? Trwający kilkadziesiąt lat boom gospodarczy? Konsensus większości społeczeństwa co do kierunków rozwoju? Stabilność i kulturę polityczną, zapewniającą jednej partii nieprzerwane rządy od pół wieku? To również, ale przede wszystkim przeanalizujmy, jak w Bawarii odbywa się kształcenie polityczne obywateli, tych młodszych i tych starszych, tak by stali się świadomymi swoich praw i obowiązków członkami wspólnoty. Kto wie bowiem, czy właśnie nie ta świadomość jest podstawą wymienionych wyżej sukcesów, które Bawaria osiągnęła w ostatnich kilkudziesięciu latach? 

Taki właśnie był cel kilkudniowego wyjazdu studyjnego do tego pięknego landu (ogromne jeziora, Alpy Bawarskie), w którym miałem przyjemność niedawno uczestniczyć dzięki Akademii Kształcenia Politycznego w Tutzing (Akademie fűr Politische Bildung, ok. 40 km na południe od Monachium), Europejskiemu Domowi Spotkań – Fundacji Nowy Staw z Lublina (podziękowania i pozdrowienia dla Marty, Michała i Tomka :-) …) oraz Fundacji Pomorskiej Macieja Płażyńskiego.

Ponieważ post jest dłuższy niż zazwyczaj, więcej można przeczytać tutaj.


WSI - Raport mniejszości

luty 21, 2007

Tak jak należało się spodziewać, raport z weryfikacji WSI wywołał burzę, dotyczącą jednak nie spraw, które opisuje, a samego raportu, sposobu jego opublikowania i autorów. Tak jak należało się spodziewać, opracowanie nie stało się przedmiotem rzetelnej analizy, a jedynie pretekstem do kolejnego referendum „jesteś za czy przeciw PiS”. Takie upolitycznienie dziwi (choć już coraz mniej), wszak jeszcze nie tak dawno większość partii oraz duża część mediów zgodnie uznawały, że likwidacja wojskowych służb, stanowiących prostą kontynuację służb komunistycznych, jest jednym z najbardziej oczywistych elementów programu naprawy państwa. 

Dziś, zamiast przyznać- „no, chociaż ten postulat udało wam się zrealizować”, większość mediów stwierdza, że WSI wcale nie były takie złe, a raport „nie poraża”.  

Krytyka oponentów raportu Antoniego Macierewicza sama jednak nie wytrzymuje krytyki. Przeciwnicy likwidowania WSI krzyczą, że mają już dość „kolejnych list agentów”, „kolejnych list Macierewicza”, a jednocześnie zarzucają raportowi brak spektakularnych nazwisk. Rzeczywiście, jeśli ktoś się spodziewał, że okaże się, iż Tomasz Lis wespół z Moniką Olejnik podglądali Kamila Durczoka, może być rozczarowany.  Dziennikarze oraz politycy SLD i PO wieszczą całkowitą likwidację polskich służb wojskowych przez dekonspirację agentów (a podobno mało tych nazwisk, mało), a jednocześnie zarzucają, że raport tylko powiela informacje prasowe i wszystkie sprawy w nim opisane od dawna są znane. Skoro prasa i politycy o wszystkim wiedzieli, to obce wywiady chyba tym bardziej? 

Gdy politycy rzucają jakieś oskarżenia, media z reguły mówią- karty na stół, jeśli są dowody, proszę je pokazać. Gdy kawa na ławę padnie, jak w przypadku raportu Macierewicza, dziennikarze podnoszą raban- „skandaliczne ujawnienie”, „dekonspiracja”! Tyle, jeśli chodzi o „medialny” kontekst sprawy. Co do samego raportu, polecam tekst „Wrogie Służby Informacyjne” (najnowszy numer „Wprost”) osób lepiej zorientowanych ode mnie w temacie, byłych przewodniczących Komisji Likwidacyjnej WSI, dra Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego.


WARTO… zobaczyć film “Strajk”

luty 21, 2007

 

Ponieważ sam często (także na tej stronie) czepiam się mediów za ich przesadną krytykę, nie wypada, aby wszystkie wpisy na moim blogu były zbudowane tylko na zasadzie „anty”. Stąd pomysł na cykl „WARTO…”, w którym będę prezentował to, co warto przeczytać, zobaczyć, na co warto poświęcić trochę swojego czasu. Dziś polecam film „Strajk” Volkera Schlöndorfa, na którego oficjalnej premierze miałem przyjemność być w ostatni poniedziałek. Najkrócej mówiąc, opowiada on o opozycji antykomunistycznej w latach 70., aż do strajku w sierpniu 1980 roku, z perspektywy pracownicy Stoczni Gdańskiej (Agnieszka Walczak- postać w oczywisty sposób oparta na życiu Anny Walentynowicz). 

Choć obraz miał swoją premierę dopiero kilka dni temu, już wywołał mnóstwo kontrowersji. Generalnie- większość bohaterów tamtych wydarzeń zarzuca mu nieścisłości historyczne, zapominając, że mamy do czynienia z filmem fabularnym, a nie dokumentem (co na premierze słowami „It’s just the movie” wyraźnie podkreślił sam reżyser). Annie Walentynowicz nie podoba się, że została przedstawiona jako analfabetka (główna bohaterka w filmie nie potrafi pisać i czytać, choć w trakcie rozwoju akcji uczy się tego), Lechowi Wałęsie- że przecenia rolę pani Anny, stoczniowcom- że przedstawia się ich jako pijaków. Na siłę można by w minimalnym stopniu uznać te zarzuty za słuszne, ale czy o to naprawdę chodzi? Przecież nikt oglądający ten film nie ma złudzeń, że komunizm upadł z powodu działalności jednej kobiety (chociaż rola w tym Anny Walentynowicz jest nie do przecenienia). 

1,5-godzinny obraz opowiadający o wydarzeniach z 2 dekad z natury rzeczy musi operować skrótami, schematami, symbolami, obrazami plastycznymi, ale przez to trochę przejaskrawionymi. Nie zmienia to faktu, że film kręcony w całości w Gdańsku bardzo dobrze oddaje realia i atmosferę tamtych lat, świetną rolą drugoplanową „elektryka Leszka” ;-) popisał się Andrzej Chyra, a całość dopełnia hipnotyzująca muzyka Jean Michel Jarre’a z koncertu w stoczni z 2005 roku. No i najważniejsze- wstyd, że mamy taką piękną historię, a filmy o niej muszą nam kręcić inni. Wstyd, że gdy już to zrobią, na premierze takiego filmu połowa foteli w kinie jest pusta.


Co odpowiedziałby Zaremba?

luty 11, 2007


Dziennik 

Do pewnego momentu mogło wydawać się, że obiegająca polskie media, jak jakaś zakaźna choroba, mania wypominania politykom, czy szerzej- tzw. osobom publicznym, dosłownie wszystkiego, co uczynią, omija pewne dziennikarskie kręgi. Takich wątpliwości mam coraz mniej, niestety. 

W sobotnim wydaniu „Dziennika” Piotr Zaremba w klasycznym, „drugostronnicowym” komentarzu krytykuje Kazimierza Marcinkiewicza za jego chęć objęcia dyrektorskiego fotela w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Zaremba pisze o byłym premierze per „polityczny mianowaniec”, któremu posadę załatwią koledzy z polityki i który powinien wykazać choć odrobinę dobrego wychowania (czyli propozycję odrzucić lub co najmniej poczekać dłużej z jej przyjęciem).  Otóż żyjemy w takich czasach, w których najskuteczniejszą metodą zdobycia pracy jest właśnie rekomendacja znajomych lub zdobyte w trakcie wcześniejszej kariery kontakty. Cały cywilizowany świat uznaje taką drogę szukania pracy za najzupełniej normalną, w całym cywilizowanym świecie byłych premierów i polityków w taki właśnie sposób wykorzystują dwa, siłą rzeczy i z samej swej natury „nakładające się” na siebie, obszary. Poza tym jeśli ktoś był szefem rządu, to raczej niewiele jest stanowisk, o których nie można powiedzieć, że załatwili mu je znajomi. 

Piotr Zaremba, który zadziwił mnie bardzo tym komentarzem, gdyż dotychczas (tak zresztą pozostaje) uznawałem go za rozsądnego, nieulegającego „owczemu pędowi” totalnej krytyki dziennikarza, sugeruje (prawda, że żartując, ale z późniejszego kontekstu wnioskuję, że nie do końca) premierowi Marcinkiewiczowi, aby na kilka lat wrócił do gorzowskiej szkoły uczyć fizyki. 

Ciekaw jestem, jak zachowałby się Pan Redaktor, gdyby po zwolnieniu z „Dziennika” otrzymał propozycję pracy, dajmy na to, we „Wprost”. Pracują tam przecież jego przyjaciele, Igor Zalewski i Robert Mazurek. Nie postawiłbym złamanego grosza na to, że Zaremba odpowiedziałby: „Chłopaki, dzięki, ale to nie wypada, żebym jedynie dlatego, że was znam, pracował w jednej z najlepszych redakcji w Polsce za kilka tysięcy miesięcznie. Wracam do mojego starego ogólniaka uczyć historii”.


Dajcie mi rząd PiS, a kij sam się znajdzie!

luty 8, 2007

Autor - Adam Chmielecki 

Nie chciałbym, żeby ta strona zamieniła się w jednotematyczne forum pt. „obrona rządu przed dziennikarzami” oraz „czepianie się każdego słowa”, jednak niektóre opinie najwybitniejszych nawet komentatorów są tak jawnie nacechowane niechęcią oraz przesadzone w doborze określeń, że aż same proszą się o komentarz. 

Bartosz Węglarczyk, publicysta „Gazety Wyborczej” specjalizujący się w tematyce międzynarodowej, w swoim blogu odszedł na moment od tychże spraw i w formie podcastu video skomentował dymisję szefa MON Radka Sikorskiego. Ponieważ do dyspozycji miał tylko kilkadziesiąt sekund, nie tracił czasu na owijanie w bawełnę:   

[Bartosz Węglarczyk:] 
Jeśli teraz cokolwiek tragicznego przydarzy się polskim żołnierzom w Iraku i Afganistanie, będzie to w całości, ta krew, spoczywać na rękach ludzi, którzy dopuścili do dymisji ministra Sikorskiego   

Już widzę te tytuły w mediach- „Polski żołnierz zabity w Afganistanie przez ministra Macierewicza”, „Saper z polskiego kontyngentu wpadł w zasadzkę premiera Kaczyńskiego”. Ciekawe, czy taki komentarz napisze Bartosz Węglarczyk w „Gazecie” gdy- nie daj Boże- coś złego stanie się polskim wojskowym na którejś z misji? 

Podobnie absurdalne zarzuty w kierunku PiS stawia Tomasz Lis w felietonie dla Wirtualnej Polski: „…sytuacja, w której ciesząca się bardzo małym poparciem ekipa nie tylko zdobywa władzę, jakiej nie mieli poprzednicy, ale może w ogromnym stopniu ignorować opinię publiczną świadczy o tym, że  

[Tomasz Lis:] 
mamy demokrację fasadową, czyli jednodniową. Ludzie są w takiej demokracji potrzebni niemal wyłącznie w dniu wyborów. A potem, elektorat zrobił swoje – elektorat może odejść  

Czym Lis argumentuje taką ocenę? Tym, że obecny rząd nie dość, że sam ma bardzo niskie poparcie, które pozbawia go legitymizacji do rządzenia, to jeszcze ignoruje sondaże opinii publicznej, a to już jest „deprawacja moralna” i „autyzm”.  Jeszcze niedawno autor programu „Co z tą Polską” mówił politykom (sprawiedliwie, ze wszystkich opcji) powołującym się na różne sondaże, że tak naprawdę liczy się tylko ten jeden sondaż w dniu wyborów.

Ale może teraz zmienił zdanie i jako znany orędownik zasady „taniego państwa” uważa, że zamiast organizować co 4 lata kosztowną elekcję, lepiej przeprowadzić co jakiś czas sondaż na 1000-osobowej próbie kwotowo-losowej. A może pójść jeszcze dalej- niech o wynikach wyborów i wszelkich decyzjach decydują na, przykładowo, cotygodniowej kolacji szefowie PBS, TNS-OBOP i innych firm badawczych? 

Hm, chyba jednak chodzi o coś innego. Wydaje mi się, że obaj panowie wyznają zasadę: „Dajcie mi rząd PiS, a kij sam się znajdzie”. 

P.S. Skoro była już mowa o ministrze Sikorskim, polecam mój tekst o jego dymisji w portalu Prawica.Net.